Posty

Wyświetlam posty z etykietą dziki

Śniadanie z dziką świnią. Opowiadanie bieszczadzkie.

Obraz
Sobotni, późny zachód słońca zapowiadał, że jeśli dusza ma nie wyć – muszę bladym świtem wyruszyć. Plan był prosty i standardowy: muśniecie słońca na Hnatowym Berdzie. Nawet nie nastawiałam budzika, nie miało to sensu – tam zawsze budzę się sama. Tym razem Morfeusz wypuścił mnie ze swych ramion chwilę po czwartej. Ku swemu największemu zdziwieniu nie podniosłam się od razu. Starzeję się, czy ki licho? Odpowiedź prosta: nie mam wcale chęci na Połoninę Wetlińską. Leże i gapie się na stoki Jawornika – jak pomału rozjaśniają się w promieniach słońca. Początkowo tylko czubki najwyższych drzew, potem pomału jaśnieją coraz większe połacie stoku... Nagły błysk inteligencji. Jeżeli mam sobie dać w kość przed wyjazdem, to najlepsze będzie wejście na Jawornik tuż za domem. Wejście, które jest jednakowo meczące pod górę, jak i w dół. Ubieram się błyskawicznie. Jak tylko Jawornik, to sandały trekingowe wystarczą. Już mnie nie ma. Poranek jest bardzo rześki, z pełna widocznością i wszechogarn...